Podłoga lasu ułożona jest z nakładających się na siebie warstw liści w różnym stadium transformacji. Obowiązuje hierarchia czasu. Kto spadł później – jest wyżej i wciąż pozwala na rozpoznanie drzewa gospodarza. Kto spadł wcześniej – zażywa głębi i dezintegruje. To, co duże, na powrót robi się drobne i małe. Zdania rozpadają się na słowa, słowa na litery.
Krople deszczu uderzają w podłogę lasu, wydając miękki chrzęst. Niektóre spływają kolektywnie we wklęsłe obłości wyschniętych liści, które nie uległy jeszcze grzybom i bakteriom celulolitycznym. Skoczogonki, krocionogi, chrząszcze próchnojady i inni detrytusożercy piją z takich kielichów lasu. Te krople w kielichach liści wyglądają jak rozrzucone słowa, które trzeba na nowo posklejać w zdania.
Mchy. Zwilgotniałe kobierce, mokre dywany. Organizmy stare jak koralowce i meduzy. 500 milionów lat temu wyewoluowały do swojej formy, której pozostają wierne do dzisiaj. Hołdują prostocie i minimalizmowi. Pochłaniają znajdującą się w pobliżu wodę całym swoim ciałem tak szybko, jak ją oddają. Deszcz nie rozpryskuje się na mchu. Mchy przyjmują wodę miękko, przytulają każdą kroplę. Drobne łodyżki wtulają się w siebie, podają sobie wilgotne. Żyją kolektywnie. Zbiorowo. Są jak słowa stłoczone w wielokrotnie złożone zdania.
Las rozkłada deszcz na koronach drzew, pniach, mchach, warstwach liści w ściółce, próchnie i humusie. Ilość chętnych do przytulenia życiodajnych kropli jest chyba zawsze większa niż ilość samych kropel. Pewnie dlatego w lesie rzadko widuje się kałuże. Są jak cenne idee, wchłaniane i siecią grzybni rozprowadzane do każdego zakątka lasu.
To fragment z Małej historii znikania. Jeśli ktoś ma ochotę wejść w tą opowieść – zapraszam.



