Kiedy stałem pod złamaną Starą Wierzbą na ziemi rozoranej na szerokość sześciu metrów od koryta, płakałem. Potem chodziłem wzdłuż brzegu wypatrując śladu bobrów i dalej płakałem. Potem szedłem na ulicę i z Kobietami krzyczałem „jebać PiS”, ale to też nie pomagało. Czarna woda płynęła dalej bez przeszkód przeoranym korytem.
Małej nikt nie znał. Nikt się za nią nie wstawił. Małej nikt nie opowiedział. Bez opowieści nie ma bytu.
Postanowiłem, choć nie ma to pewnie żadnego sensu, że od tej chwili będę opowiadał Małą.
Zacząłem od przecinków. Na czerni rozkopanego koryta, nieudolnie postawiłem pierwsze znaki. Spłukała je wysoka woda. Postawiłem kolejne. Rozbił je wszechwładny homo sapiens z wód narodowych. Zrozumiałem, że aby postawić prawidłowo przecinki, trzeba zacząć budować złożone zdania. Chodziłem wzdłuż koryta, przyglądałem się starym zapiskom Castor fiber. Oglądałem rozrzucone na brzegach litery, połamane zdania, przeorane metafory bezładnie leżące w uschniętych nawłociach. Słuchałem szmeru rzeki aby wyłowić zapomniane słowa. Castor fiber tworzy swoje opowieści tam, gdzie dźwięk wody ma odpowiednią częstotliwość. Chodziłem więc przez cały listopad i grudzień z uchem przy korycie, z nosem w czarnej ziemi. Woda opadała. Zamiast szmeru rzeki, coraz głośniej słyszałem pędzące w pobliżu samochody. Czułem się jak Leo Marx spod Konstancina w utraconym raju.

Postanowiłem zasięgnąć rady doświadczonych pisarzy. Z Adamem Robińskim będziemy od tego czasu chodzić wzdłuż Małej jeszcze wiele razy, a rzeka stanie się czymś więcej niż bohaterką wspólnych wypraw – trafi do felietonu Adama w „Tygodniku Powszechnym”, a potem także do książki o bobrach – i to nie jako wzmianka, ale jako cały rozdział! Tymczasem wspólnie podglądaliśmy przepis na skuteczną interpunkcję w dobrej narracji. Na szczęście górny bieg Małej obfituje w piękne opowieści snute całkiem licznie przez Castor fiber. Na początku grudnia, zaopatrzony w solidny notatnik, zaostrzony ołówek oraz gumkę, postawiłem pierwsze przecinki, a potem nawet apostrof. Na wigilię opowieść popłynęła szeroko. Nie mogłem wymarzyć sobie lepszego prezentu. To był czas na postawienie kropki. Co prawda w słowie Mała nie ma „i”,ale to mi nie przeszkadzało. Kropka została postawiona. Rozlana opowieść pokryła się styczniowym lodem, a później śniegiem. W lutym „Magazyn Pismo” opublikował obszerny fotoreportaż o Małej i Rozlewisku mojego autorstwa. To było trochę jak pieczęć. Nie da się zaprzeczyć istnienia czegoś, o czym napisano w poważnych gazetach!

Czytanie Małej rozciągałem na całą jej 16,5 kilometrową długość. W zimie musiałem przerwać opowieść w połowie. Ugrzęzłem w bagnie synekdoch wpadając pod cienki lód pękających metafor a buty skute kilkumilimetrową warstwą lodu ciążyły jak wciąż nieprzeczytany Sebald. Na pocieszenie Mała pozwoliła mi na przeczytanie fragmentu z Rozlewiska do Konstancina, który czytałem stylem ślizgowym, biegnąć w biegówkach po świeżym śniegu, ledwo zdążając przed nocą. Odwilż pokazała moc interpunkcji. Jeden przecinek może zmienić zupełnie znaczenie zdania, ale dwa? Wywracają opowieść do góry nogami nadając jej kompletnie nową jakość. Wielka Łąka stała się Wielkim Jeziorem, a potem lodowiskiem w Central Parku, choć niebo drapały wierzby na skrajach Łąki, a nie wieżowce Manhattanu. Wezbrane wody otoczyły las i Rozlewisko swoimi ramionami, jak na zdjęciu z 1958 r. – pierwszym pokazującym ten teren z lotu ptaka jakie się zachowało w internetach. Woda schodziła powoli. Opowieść dojrzewała. Kolejne czytanie Małej było spontaniczne. Wyjechałem z domu z zamiarem przechadzki od źródła do pierwszej tamy. 6 godzin później brodziłem w korycie Małej w Konstancińskim Parku Zdrojowym. Stopy miałem obtarte od woderów, woda do picia skończyła mi się w połowie drogi, a bateria w telefonie jeszcze wcześniej. Opowieść niosła mnie wczesnowiosenną, świeżą narracją. Kolejny raz przeczytałem całość rzeki od końca. Znałem już jednak zakończenie więc było mi nieco łatwiej, a Adam Robiński upierał się, że ujście rzeki jest zawsze ewidentne, za to źródła tajemnicze. Poszliśmy więc w kwietniu pod prąd. To był idealny czas na wspólne czytanie. Kwiecień to taki moment równowagi na rzece – woda już nieco opadła po roztopach, owady nie zdążyły się wykluć a chaszcze urosnąć. Czytanie pod prąd opowieści sprawiało nam wiele radości. Słowa homo sapiens splatały się z interpunkcją Castor fiber. Błoto wybijało rytm. Zeszłoroczne turzyce szeleściły głośniej niżbyśmy chcieli. Woda wlewała się do butów, a nawłocie przypominały kto rządzi w czwartej przyrodzie.
Kiedy na wiosnę wybuchła fotosynteza, a Rozlewisko oficjalnie zostało Tajemniczym Ogrodem wiedziałem, że to by się nie wydarzyło bez interpunkcji. Słynny żart „jedzcie dzieci” nabiera prawidłowego sensu dopiero po zastosowaniu interpunkcji „jedzcie, dzieci”, prawda? Opowieść o Rozlewisku Małej istnieje tylko dzięki interpunkcji. Bez niej nie byłoby wiosny i rozbuchanej dżungli, nie byłoby kosaćców żółtych i polującej na ryby czapli szarej. Brakowało tylko skrybów, którzy mogliby przejąć opowieść, snuć ją do końca świata. Czyżby moje zasady interpunkcji im nie odpowiadały? Martwiłem się tym i letnią opowieść snułem samodzielnie. Mięta odurzała. Palce drzew otwierały ścieżkę rozpoznając mnie na odległość. Nocą woda parowała. Niebo spadało na głowę z Perseidami. Tylko pokrzywy cały czas nieco obrażone nie dawały taryfy ulgowej.


Nawłoć przekwitła. Mięta zakwitła jeszcze raz. Wywróciła się dzika wiśnia. Zieleń na liściach dębu zaczęła blaknąć, kiedy wchodząc do Rozlewiska rozpoznałem nie-ludzkie strofy. Moje litery rozlały się szeroko. Nie trzymał ich w ryzach żaden margines. Kropka była czarna i szczelnie trzymała koniec zdania. Nie było żadnych wątpliwości. Mogłem przekazać opowieść w prawowite ręce a raczej łapki uzbrojone w pławną błonę i sprawne pazury. Po rocznej przerwie Castor fiber podjął wątek przerwany przez uzbrojonego w koparkę homo brutalus. Teraz jestem już tylko prostym czytelnikiem. Patrzę na rozgałęziające się wątki, miękkie zakola zdań, meandry metafor, kaskady znaczeń. Mogę tylko czytać, choć nie wszystko rozumiem. Nie potrzebuję. Ja byłem tylko epizodem w tej odwiecznej opowieści.



