Trudno o lepiej starzejący się klasyczny cytat. Choć nie wiemy dokładnie, ile kilometrów rowów osuszających jest w Polsce, to z oficjalnej ewidencji można wyczytać, że lekko ponad 300 tys. kilometrów. To trzy razy więcej niż kilometraż wszystkich polskich rzek. Tyle, ile wynosi odległość Ziemi od księżyca.
O zasypywaniu rowów pisałem wielokrotnie, nowym tematem nie jest też susza – co nie znaczy, że ktokolwiek w kręgach rządowych czy samorządowych traktuje ją poważnie. Mam nieodparte wrażenie, że jedynymi grupami, które temat nagłaśniają i próbują rozpaczliwie zainteresować nim decydentów, są społecznicy, naukowcy i niektórzy rolnicy oraz leśnicy. Te dwie ostatnie grupy oprócz ewidentnych szkód na suszy mają do zrobienia także interes. Rolnicy chętnie wyciągają rękę po „suszowe” – ostatnie lata to od 500 mln do 2 mld rocznie. A leśnicy wymyślili sobie, że zamierająca wskutek inwazji jemioły sosna (to bezpośredni efekt suszy) to świetny interes pod płaszczykiem wymiany siedliska. Tu uwaga: pewnie w wielu miejscach ma to sens ale pytanie czy wszędzie i czego mogłaby nas nauczyć przyroda dokonująca takiej zmiany spontanicznie.
Ostatnie stanowisko Państwowej Rady Ochrony Przyrody PROP jest jasne i dobitne. Rowy TRZEBA zasypywać – masowo i szybko, szczególnie w lasach, gdzie odwadniają śródleśne mokradla i torfowiska. Także tam, jest najmniejsze ryzyko, że przywrócenie krajobrazowi pierwotnego kształtu (tym jest zasypanie rowów – naprawieniem szkód zrobionych przez ludzi), nie wpłynie na ewentualne szkody w mieniu ludzkim.
Naukowcy mają też wyjątkowo jasne stanowisko wobec ewentualnych wątpliwości natury przyrodniczej. Stwierdzenie objawów przesuszenia ekosystemu mokradłowego i obecność rowów odwadniających powinny w większości przypadków być wystarczające do podjęcia decyzji o wdrożeniu działań blokujących odpływ wody rowami, jeżeli jest to możliwe – bez wpływu na grunty osób trzecich. Ryzyko popełnienia błędu przez zablokowanie rowu jest zwykle mniejsze niż konsekwencje jego funkcjonowania. To kluczowe zdanie.
I możemy debatować jeszcze kolejną dekadę, tworzyć wielkie plany, ewidencje i projekty. Wydać na teorię kupę kasy i patrzeć jak płoną kolejne hektary. Ja, podobnie jak wiele innych ekip w terenie, w tym druhowie z Wolne Rzeki , biorę łopatę w dłoń, na Allegro zamawiam jutowe worki i ruszam w teren. Bo tu nie ma co debatować. Jakie czasy, taka partyzantka!




