Nad Małą wróciłem 5 listopada. Zszedłem nad wciąż pełny wody staw Dzieciak, było dość wcześnie. Minąłem staw i mokradło, wszedłem w las. Wspomnienie tamtej drogi zatarło się, przykryte tym, co zobaczyłem dalej.
Rozlewisko było jak brudna, zabłocona szmata. Korytem płynęła błotnista maź. Teren na szerokość 6 metrów od brzegu był zaorany, wyrównany, pozbawiony jakiejkolwiek roślinności i upstrzony wszelkiego rodzaju śmieciami. Rozwleczone szmaty, niebieskie foliówki, kawałki plastiku, potłuczone szkło, dwie opony samochodowe. Pod Starym Dębem wystawała z błota skrzynka z plastikową kratownicą. Koryto było wyprostowane, brzegi wyrównane na szerokość łychy koparki. Teren wyglądał jak po ostrzale z moździerzy albo innej artylerii.
Na długości całego Rozlewiska nie przetrwała żadna z bobrowych tam. Ich budulec wyrzucony był na brzeg. Nie wiem, czy bobry zdążyły uciec, czy pogrzebano je w norach pod ciężarem gniotących ziemię gąsienic koparki. Tętniąca życiem rzeka wyglądała jak ściek. W głowie mi huczało. Nogi miałem sztywne. Zęby zaciśnięte. Wyszedłem przez Wrota Rozlewiska i ryknąłem płaczem. Potykając się w oblepiającym nogi błocie, kroczyłem w stronę Starej Wierzby. Jedna z gałęzi, która zwieszała się do ziemi, leżała odłamana na zabłoconym brzegu. Usiadłem na niej. Czarna woda mieszała się z moimi łzami i przekleństwami.
Przeorali ją i zamienili w rynsztok. Pogłębili. Odmulili. Wyprostowali. Ujarzmili. Narzucili swoje prawa i geometrię – z prostą linią i szybkim spływem wody. Koparka, którą widziałem tamtego dnia, kopała, aby zabić. Czy mogłem ją powstrzymać? Czy mogłem uratować Rozlewisko? Do końca życia zostanę z tymi pytaniami, ale tamtego ranka obiecałem Jej, że to się już nigdy więcej nie wydarzy.
4 maja tego roku szedłem suchym od dawna już korytem. W zasadzie nie miałem żadnego celu wędrówki. Cieszyło mnie słońce wstające pod coraz łagodniejszym kątem i pełzające po lewym ramieniu. Przyroda budziła się bardzo powoli z powodu wciąż niskich temperatur i braku wody. Przywitałem się ze Starym Dębem, zajrzałem do Rozlewiska i wolniejszym niż zwykle krokiem, trochę ze smutkiem, szedłem suchym dnem. Zmierzyłem poziom wody w piezometrze, obejrzałem świeżo przewróconą w poprzek koryta olchę ale coś ciągnęło mnie do Nory. Pierwszy dopadł jej Frank i już wiedziałem, że to nie będzie zwykły dzień.
Na zewnątrz, ocieniona kaliną leżała czaszka bobra. Frank obwąchał ją z ciekawością ale nie ruszył. Obejrzałem znalezisko najpierw z dystansu. Z szacunku ale też aby ocenić szybko, czy mam do czynienia ze świeżym ciałem czy też leży tu dłużej. Wyglądała na pozbawioną tkanek miękkich, choć okolice nozdrzy porośnięte były czymś miękkim, co wyglądało trochę jak futro. Z szacunkiem i ostrożnością uniosłem czaszkę. Brakowało żuchwy. Z górnej szczęki dumnie świeciły przybrudzonym pomarańczem dwa charakterystyczne bobrze siekacze z piękną diastemą. Patykiem zacząłem delikatnie czyścić nozdrza. Miękkość okazała się mokrym mchem i ziemią. Z pewnością nie tkankami. Czaszka wyglądała na starą i dość dużą, stawiałem na dorosłego bobra. Leżała wyciągnięta kilkanaście centymetrów od ciemności Nory.
Zajrzałem do środka. Na skraju światła leżała żuchwa. Wyciągnąłem ją delikatnie. Była jeszcze bardziej obrośnięta porostami, mchem, mokrą ziemią. Rozpadła się na dwie części kiedy ją podniosłem. Siekacze schowane w kości żuchwy, wystawały tylko na kilka centymetrów, choć w rzeczywistości, kiedy je poruszyłem to z łatwością się wysunęły z kości. Miały aż 15 centymetrów! Są one puste w środku a tylko zaostrzona końcówka jest lita. Z jednego z nich wypłynął czerwonawy, gęsty płyn. Wytrząsnąłem też kilka małych, żółtawych larw, które wyglądały na martwe ale mogły udawać. Ewidentnie koło życia się tu toczyło. Trwała transformacja. Sfotografowałem całość znaleziska. Dla złapania skali używałem mojej dłoni.
Aby upewnić się, co do moich przypuszczeń, zadzwoniłem do Adama Zbyryta, świetnego przyrodnika. Opisałem mu sytuację, wysłałem dokumentację zdjęciową. Siekacze z żuchwy postanowiłem zabrać ze sobą, wcześniej czopując je chusteczką. Pozostałe szczątki ukryłem w pobliżu. Nie było sensu ich zakopywać ani wrzucać z powrotem do nory. Ktoś wyczyścił stary dom bobrowy. Nie byłem w stanie stwierdzić ze śladów czy był to borsuk czy może – jak sugerował Adam – wydry. Osobiście podejrzewałem bardziej borsuka, którego widywałem regularne w okolicy. Prawdopodobnie prowadził wiosenne porządki. Wydry oczywiście też tu widywałem ale było to już bardzo dawno, kiedy jeszcze była woda…


Adam odezwał się kilka godzin później. Czaszka należała do dorosłego bobra lub bobrzycy i miała dobre kilka lat. Więcej niż pięć – oszacował Adam.
Czy moje przypuszczenia dotyczące masakry w Rozlewisku właśnie znalazły swoje tragiczne potwierdzenie? Czy bobry, które nie zdążyły odpłynąć, rzeczywiście zginęły uduszone pod zwałami ziemi, kiedy koparka przejechała sześć lat temu po ich domach, rozwalając tamy i demolując całą okolicę? Czy ta bobrzyca (albo bóbr) to jedyna ofiara tamtej tragedii? A może Ziemia, chcąc przypomnieć co zrobiliśmy, będzie je ukazywać jak wyrzut sumienia, którego posłańcami będą wydry i borsuki?
Nie wiem. Mogę tylko dalej trwać i czuwać czule przy tym etapie opowieści.
Zresztą ta śmierć chodziła wokół mnie wtedy dość blisko. Kolejne opowieści po opowieści – już wkrótce.




